Hiszpania

TENERYFA – WULKAN TEIDE

Bez sprzecznie symbolem Teneryfy jest wulkan Teide. Jest widoczny niemal z każdego zakątka wyspy. Rządzi tutejszą pogodą i życiem ludzi zamieszkujących wyspę, nieźle miesza także w turystyce, o czym sami się przekonaliśmy.

Drugi dzień naszego pobytu na wyspie zapowiadał się pięknie. Słońce wyszło zza chmur, a kolej linowa na wulkan została uruchomiona. Czym prędzej zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się na podbój wulkanu.

Teide to typowy stratowulkan, czyli góra w kształcie stożkowym z produktów wulkanicznych. Jego nazwa wywodzi się z języka Guanczów – ludów zamieszkujących niegdyś wyspę – i oznacza „piekielną górę”. Dla Guanczów było to miejsce święte. Wierzyli oni że góra, tak często spowita chmurami, znajduje się w niebie i że żyje tam budzący grozę zły demon Guayota. Według wierzeń porwał on kiedyś boga słońca i światła Magrca. Na ziemi zapanowała wówczas całkowita ciemność. Guanczowie błagali swojego boga – Achamana o słońce. Po długich modlitwach bóg słońca został uwolniony, a jasne dni powróciły na Teneryfę. Legenda ta swoje korzenie ma w XIII wieku, kiedy to nastąpił jeden z największych wybuchów wulkanu Teide. Po tej erupcji popioły unoszące się w powietrzu ograniczały widoczność przez niemal 7 lat.

Pico del Teide jest najwyższym szczytem Hiszpanii. Mierzy 3 718 metrów n.p.m. Od dna oceanu dzieli go ponad 7 500 metrów. Jest to 13 najwyższy wierzchołek góry w Europie oraz najwyższy leżący poza masywem Alp. Górę łączy z okalającą ją prakalderą kolej linowa. Dzięki niej każdego dnia na wulkan dostają się setki turystów. Wstęp na sam wierzchołek jest ograniczony i aby się tam dostać potrzebne jest pozwolenie. My postaraliśmy się o takie będąc jeszcze w Polsce. Na szczyt wulkanu można dojść jedynie pieszo. Nie jest to wymagający szlak, poprowadzona trasa nie jest ani wyjątkowo stroma, ani długa. Idzie się przyjemnie, a ewentualne zmęczenie wynagradzają widoki. Na szczycie Teide czuliśmy się jak na szczycie świata. Widok zdawał się nie mieć końca, zobaczyliśmy od góry nie tylko całą Teneryfę, ale także i inne wyspy archipelagu Wysp Kanaryjskich. Horyzontem lekko kołysały fale oceanu. Jedynie wiatr chciał nam urwać głowy. Poza tym było wspaniale. Tylko my i ogromna góra.

W drogę powrotną udaliśmy się pieszo, co już na wstępie polecam wszystkim którym niestraszna jest kilkugodzinna wędrówka. Dopiero stąd widać wulkaniczny krajobraz Teide: jego wierzchołek i wszelkie produkty pozostałe po erupcjach. Wielokrotnie mijaliśmy zastygłą lawę, lapille, bomby wulkaniczne, popioły i piaski. Na zdjęciu prezentuję tzw. „Jaja Teide” – wielkie czarne, okrągłe głazy, które wulkan wypluł podczas wybuchu w 1706 roku. Głazy te mieszą nawet do 10 metrów, co doskonale odzwierciedla naturę „piekielnej góry”. Po drodze naszą uwagę zwróciła także wulkaniczna pustynia – po setkach lat wietrzenia skały wulkaniczne pokruszyły się tworząc Kanaryjską Saharę. Szlak prowadzący do dolnej stacji kolei nie był stromy. Trudno go jednak nazwać jednoznacznie łatwym – ja byłam zmęczona. Zejście zajęło nam kilka godzin. I chociaż każde zmęczenie wynagradzał widok dookoła nas to tak, bolały mnie nogi. Wycieczka była jednak niezwykłym doświadczeniem i za nic w świecie bym z niej nie zrezygnowała!

Teide jest wciąż aktywnym wulkanem. Aktualnie jest uśpiony, ale nigdy nie wiadomo kiedy nastąpi jego kolejna erupcja. Ostatnia miała miejsce w 1909 roku.

Wycieczkę na Teide polecam wszystkim. Tym bardziej leniwym polecam wycieczkę kolejką. Tym bardziej spragnionym przygód polecam podjęcie wspinaczki lub zejście z góry pieszo – uważam, że doświadczenie to jest warte poświęcenia czasu. Po prostu musicie to zobaczyć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *